podróże, wyprawy, relacje
ARTYKUŁYKRAJEGALERIEAKTUALNOŚCIPATRONATYTAPETYPROGRAM TVKSIEGARNIABILETY LOTNICZE
Geozeta.pl » Spis artykułów » Ameryka Południowa » 4 x A - Ameryka, Argentyna, Andy, Aconcagua 2008
reklama
Zbyszek Bąk
zmień font:
4 x A - Ameryka, Argentyna, Andy, Aconcagua 2008
artykuł czytany 1167 razy
Rano skoro świt zrywamy się i rozległym korytem rzeki idziemy do Casa de Piedra na 3200 m. Susza która tego roku nawiedziła te rejony pozwala zaoszczędzić nam drogi bo rzeka i potoki dają się pokonywać bez omijania ich szerokim łukiem.. Mijamy po drodze kości mułów, nieszczęśnicy skończyli swa karierę pewno łamiąc nogi podczas pokonywania tej trudnej drogi. Nagle niespodziewanie u kresu popołudniowej wędrówki miedzy dwoma górami ukazuje się nam po raz pierwszy - Aconcagua, w blasku zachodzącego słońca stała w pełnym majestacie ośnieżona przy wierzchołku, piękna a zarazem straszna jakby znała swoja wartość i ostrzegała następnych śmiałków przed sobą.

7 dni wcześniej

Tym razem jeszcze po ciemku wychodzimy do bazy. Musimy przeprawić się przez rzekę i to w paru miejscach. Niektórzy w klapkach, niektórzy na bosaka a niektórzy skacząc niby jak zające przeprawiają się może w niegłębokiej ale rwącej i zimnej wodzie. Zaczyna się ostre podejście. Coraz więcej przystanków, żar z nieba, pot leci ciurkiem po plecach, góra, dół, góra, dół, obsuwające się kamienie nie ułatwiają sprawy a do tego wysokość 4000 m, tlenu coraz mniej... Mijający Anglik na pytanie czy daleko do celu, pokazuje następny pagórek mówiąc, "home, sweet home my friend". Rozbijamy obozowisko, jest nas tu 18 Polaków. Spotykamy Michała, który koczuje już tutaj od 2 dni. Zatykam na szczycie namiotu polska flagę, od razu jakoś przyjemniej. Duma nas rozpiera ale będzie jeszcze większa, jak zatkniemy ja na 6963 m. Robimy badania lekarskie, saturacja 85, bicie serca 115, wszystko w normie na tej wysokości.
6 dni wcześniejZ bazy PA wnosimy trawersem do camp I na 5100 m depozyt w postaci jedzenia i gazu. Droga wiedzie lodowcem pomieszanym z piargami, mnóstwo usypujących się kamieni, uskoków, zamarzniętych szczelin, popękanych lodów na zamarzniętych jeziorkach. Ostatni fragment wiedzie po piargach i na wpół zamarzniętym potoku. Spotykamy Michała, który od wczoraj już się tutaj aklimatyzuje. Słońce smaga po twarzach, że nie idzie wysiedzieć. Każdy za parę tysięcy złotych może pokusić się o zdobywanie Aconcaguy. Odmrożenia i poparzenia są w cenie. Schodzimy z powrotem do bazy. Na dole lekkie krawieckie zabiegi. Magda klei popalony śpiwór a ja ceruję spodnie w kroku.
Następnego dnia zwijamy obozowisko i w gore do camp I. Ta sama droga, idzie się znacznie lepiej, aklimatyzacja działa choć i tak każda czynność wymaga wiele wysiłku, nawet przy założeniu butów człowiek sapie jak lokomotywa. Rozbijamy obóz w camp I. Przychodzi Michał z brzoskwiniami w puszce, smakują nieziemsko.

4 dni wcześniej

Dzień wnoszenia depozytu do camp II. Cały ten himalajski system jest trochę denerwujący, wygodnie tym, co mają szerpów, tragarzy. Po pół godzinie dopada nas zawieja, śnieg sypie jak z wywrotki. Na pewnych odcinkach przydałyby się raki, bo droga wiedzie po lodowym zboczu. Jak na razie najgorszy dzień wyprawy. Chętnie zostawiłoby się depo gdzieś pod kamieniami, ale skoro inni idą, to trzeba zagryźć zęby i do przodu. Inni pewnie myślą podobnie... W końcu w całej tej zadymce dostrzegam namioty obozu drugiego. Nie jest ich za wiele, ale to na pewno tu. Pomagamy Michałowi rozbić namiot, którym wiatr szarpie jak żaglem i natychmiast w dół. Droga powrotna mija szybko, śnieg który napadał amortyzuje kroki, lecz ani na chwile nie rozluźniamy uwagi. Nasz namiot wygląda jakby przebieg po nim Yeti, naszych sąsiadów są podobne, to skutki krótkiej nawałnicy. Padamy w namiotach ale szalejąca tej nocy burz śnieżna nie pozwala za bardzo pospać. Nikt nie mówił ze będzie łatwo...
Następny dzień przeznaczamy na odpoczynek, suszymy ciuchy, buty, pełna regeneracja organizmów, wsypujemy w siebie tony jedzenia. Dziś na zmianę to słonce i żar, to znowu czarne chmury i sypie, jak w kalejdoskopie. Pakujemy resztę gratów i spać, jutro zwijamy obóz i w gore do camp II. Dołącza do nas Rafał z Zawiercia. Wychodzą tez z depo Lucek, Monika, Magda, Adam, Paweł i Gosia, choć całą noc bolał ja ząb, brawo za wole walki. Historia znowu się powtarza, zamieć śnieżna w obozie II. Ledwo rozstawiamy namiot. Pod wieczór dochodzą jeszcze Ilona i Przemek. Udostępniamy im na noc namiot, bo warunki są nie do schodzenia a sami śpimy u Michała. Szarpie namiotami cala noc.

Dzień ataku

Wiatr szarpie namiotem niemiłosiernie, Magda mówi cos o przełożeniu ataku na inny dzień, ale dochodzące z innych namiotów odgłosy szykowania się do wyjścia każą zapomnieć o zmianie planów. Gotujemy wodę na herbatę natopioną wczoraj ze śniegu. Ostatnie sprawdzenie sprzętu i w drogę. Wychodzimy najpóźniej bo o 6.30. Jest ciemno. Włączamy czołówki i oświetlając ścieżkę wydeptana przed chwilą przez naszych kolegów kierujemy się pod Lodowiec Polaków, gdzie dalej trawersem ku obozowi III na 6200 m. Już ta droga zabiera nam dużo sił. Na wysokości 4500 m godzina rozmowy jeżeli chodzi o utratę kalorii porównywalna jest z pół godzinnym joggingiem na poziomie morza, nawet czytanie i spanie powoduje dużą utrat kalorii, nogi zapadają się po kolana w śniegu, wiatr wieje w twarz. Po godzinie mijają nas wracający trzej Amerykanie, jeden z ich kolegów dostał choroby wysokościowej, góra okazała się dla nich niełaskawa. Już o świcie dochodzimy do Białych Skał, skąd już blisko camp III.
Wiatr ucicha. Wschodzące słońce momentalnie zaczyna operować, robi się gorąco, ściągamy puchowe kurtki ale na tej wysokości niewiele to pomaga. Przed nami idzie ok. 20 osób którzy atakują od Berlina (5850 m), obozu z drogi przez Plaza de Mulas (4300 m). Odliczam kroki do 100 i stop. Regulacja oddechu i tak w koło. Wraz ze wzrostem wysokości zmniejszam liczbę odliczanych kroków, coraz ciężej łapać rozrzedzone powietrze. Doganiamy naszą trójkę znajomych. Na grani nad obozem III krotki odpoczynek .Wśród atakujących słychać języki z całego świata, od japońskiego, poprzez słowiańskie i germańskie a na miejscowych skończywszy. Uzupełnienie płynów, jakiś baton czekoladowy i znowu trzeba się podnieść. Mijamy drewniany domek przy Independencji (6300 m), schronienie dla 3-4 osób na wypadek załamania pogody.
Przed nami osławiony żleb Canaletta, każdemu pot leci ciurkiem, choć mróz nie odpuszcza. Wymieniam parę słów z Masą - Japończykiem, który pozuje do zdjęcia przy nawisie, gdzie większość atakujących górę zostawia swoje plecaki. Dochodzi 15. Podobno jeszcze godzina. Jeszcze? Aż! O tej godzinie słyszę już od południa. Liczba kroków miedzy odpoczynkami zmniejszyła się do 30.Zdejmuję sweter puchowy i tylko rozsądek nakazuje mi nie zdejmować koszulki z długim rękawem i czapki, żar z nieba, skwar jak na pustyni połączony z maksymalnym wysiłkiem ogranicza moją liczbę kroków do 10. Ostatnie 200 metrów jest katorgą ale dochodzące z góry okrzyki zwycięstwa podrywają człowieka do jeszcze jednego zrywu. W końcu jest. Upragniony, wymarzony szczyt. Aconcagua zdobyta! Przez pierwsze parę minut nie dochodzi to do nas, rozglądamy się w około nie wierząc, że to już koniec naszej wspinaczki. Razem z nami jest parę osób, niektórzy reagują okrzykami, niektórzy całkowitą ciszą, jedno jest pewne - radość pokonania nie tylko góry ale i samego siebie, swoich słabości jest wielka. Seria zdjęć. Świadomość jednak, że jeszcze trzeba zejść, nie pozwala nam na długi zachwyt. W powrotnej drodze spotykamy naszych znajomych, jeszcze chwila i oni tez będą świętować. Na drogę powrotna tez trzeba zostawić spory zapas sił, błąd może kosztować w najlepszym wypadku siniaki i zadrapania a w najgorszym śmierć. Moment kiedy lądujemy w namiocie z uczuciem zwycięstwa jest błogim stanem. Sam szczyt i moment jego zdobycia jest wspaniały ale droga do niego prowadząca jest najistotniejsza, ciężka, wymagająca dużej pracy, wytrwałości, potu i wyrzeczeń ale jakże satysfakcjonująca.

Statystyki wyjazdu

2 razy helikopter zabierał z bazy PA turystów z obrzękiem płuc, 4 turystów zabrał na ich wyraźne życzenie, zrezygnowali po 5 dniach wyjścia z Los Penitentes, 24 osoby nie dotarły wcale do Camp II (5800 m) a to tylko te dane widziane na żywo od strony PA, co się dzieje od Plaza de Mulas, gdzie średnio jest 10-krotnie więcej chętnych na przygodę, tylko można sobie wyobrazić. Średnio szczyt zdobywa 30% atakujących. Rokrocznie na Aco ginie więcej turystów niż na wszystkich 8-tysiecznikach razem wziętych. Nie piszę tego po to, aby kogoś wystraszyć, ale góry to nie żarty i trzeba się do nich solidnie przygotować.
Strona:  « poprzednia  1  [2]  3  następna »

górapowrót
podobne artykułyPrzeczytaj podobne artykuły
»  Z wizytą u Jorge
»  Andy'2005 - W Krainie Kondorów
»  3 szczyty. 1 człowiek w 1 miesiąc
fotoreportażfotoreportaż
» Patagonia - Maciek Sawicki
wyróżniona galeria
» Buenos Aires, Colonia, Ushuaia - Maciek Sawicki
wyróżniona galeria
» Mercedario - Marek Bytom
» Aconcagua - Marek Bytom
górapowrót
kursy walutkursy walut
[Źródło: aktualny kurs NBP]